Tzn. historia zatacza koło. Ostatni wpis miał miejsce w październiku – szukałem ja sobie pracy.
Praca.
Pod koniec listopada wyszło, że chyba tę pracę mam. Firma nieduża, za to z pozoru prężna, zajmująca się rozprowadzaniem Internetu po zapadłych wsiach metodą bezprzewodową. Na “dzień dobry” zostałem przeegzaminowany ze znajomości linuksa, dość dogłębnie i intensywnie, mnóstwo wiele rzeczy zrobić miałem na maszynie testowej. Zrobiłem, młody zespół potencjalnych współpracowników orzekł szefowi (od tej chwili zwanemu Łysym Chujem) – “zna się”. I gitara, nie?
Potem rozmowy z Łysym, odnośnie tego, czego nie umiem a co – wg Łysego – wiedzieć powinienem, generalnie chodziło o poznanie platformy sprzętowej, na której cała ta sieć funkcjonuje. Dla mnie ok – nowe umiejętności, ciekawe toto, fajnie zaprojektowane i funkcjonalne. Pieniążki również dość przyjemne – bez rewelacji, na poziomie ostatniej mojej etatowej pensyjki sprzed roku. Czyli nieźle ale zawsze może być lepiej.
Do tego oczy mi się zaświeciły, bo Łysy wspomniał, że może działalność bym zaczął, otworzył, i jako podwykonawca pracował? Chodzi temat za mną, jak smród za wojskiem, bo przecież tu człowiek coś komuś zrobi, tam fuchę walnie – szybkie podliczenie możliwości whaczenia się w rynek wyszło dość przyjemnie. Ustalenia z Łysym były takie, faktury wystawiane mu przeze mnie mają wynosić wszelkie moje koszty stałe prowadzenia firmy (zus + vat od kasy wyciąganej od niego) i umówiona kwota zostaje mi na czysto po odprowadzeniu haraczu do fiskusa. Do potencjalnych zysków doliczyłem posiadane źródła dochodu (z których część by się skusiła na otrzymanie fakturki), potencjalne źródła dochodu (których nie ruszę, nie mogąc wystawić fakturki a które chętnie by się ze mną zaprzyjaźniły) i wyszło, że jest nieźle. Do tego Urząd Bezrobocia też ma ciekawą ofertę na pierwszą działalność, a samochód “służbowy” byłby konieczny. Pech chciał, że UB w starym roku zostało bez kasy, więc temat został odłożony na styczeń. Tymczasem grudzień i praca.
Pierwsze dwa tygodnie grudnia upłynęły mi pod znakiem dużego WTF?! ale jakoś tak się nie przejmowałem – nowa firma, nowe obyczaje w tejże, no i rok z haczykiem nie byłem na etacie – znaczy odwykłem, pomyślałem. Zastanawiający był natomiast kompletny chaos i dezorganizacja, graniczące z czystą anarchią – utrzymywane przez Łysego Chuja. “No ale nic”, pomyślałem sobie, “widocznie ma powód, że tak chłopaków ustawia a skoro pracują u niego od lat, to widać jest w tym szaleństwie sens i metoda, ino nie widzę.” Postanowiłem się nie zastanawiać tylko robić swoje – co umiałem, to robiłem – a pole do popisu miałem.
Następny czas był jak wiaderko śniegu za koszulą… I pominę ten czas milczeniem, podam tylko podsumowanie: szukam pracy. Totalny burdel, olewanie kodeksu pracy, chamstwo i bucera – to metoda Łysego Chuja na prowadzenie firmy. Koronny przykład: wysyłanie ludzi z biura w teren, bez żadnego uprzedzenia, żeby robili pracę, którą może wykonać średnio rozgarnięty szympans. Czarę goryczy przelała jednak jedna kwestia: kasa. A raczej płacenie jej w ratach przez cały miesiąc i do tego nie wypłacenie w całości.
Szukam dalej…
Oprócz pracy.
Jakoś to leci. Brak kasy znakomicie podcina nam skrzydła ale przynajmniej, z grubsza, zdrowi jesteśmy, to podstawa.
W kolejce mam kilkanaście tematów z branży IT na wpisy tutaj, niestety sprawa się odwlekła – z byłej pracy wracałem w stanie totalnego wkurwu, w takim też stanie wstawałem – co samo z siebie powinno mnie zacząć zastanawiać… No i tematy bloga i wielu innych rzeczy wzięły w łeb. Może teraz nieco nadgonię, bo niektóre sprawy są ciekawe.