Dark Side of the Moog.

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce komplet jedenastu płyt pod wyżej podanym tytułem. Dość nieprzypadkowo, bo wcześniej na kanale #chillout radia Digitally Imported pojawił się jeden utwór. Wystarczyło, żebym zaczął googlać – i się przeraziłem. Niemcy, muzyka elektroniczna, płyty z cyklu nagrywane od 1994 do 2008 roku – zapachniało technoparade, uznałem usłyszany kawałek za wypadek przy pracy i odpuściłem.

Po jakimś czasie dałem jednak cyklowi szansę – i niech da ją każdy, kto lubi muzykę elektroniczną w wydaniu surrealistycznym, wpadającym w ambient a miejscami właśnie ambientową, ten dobrze trafił. Smaczku dodaje tytułowy moog, zresztą sami autorzy – Peter Namlook i Klaus Schulze też mogą być komuś znani.

Dla maniaków, warto. Dziś np. bawię się słuchając płyty “Careful with the AKS, Peter“.

Aha, uwaga: nie jest to muzyka dla fanów ustawień losowego odtwarzania utworów.

Napisane w Z życia. Tagi: . Zostaw Komentarz »

Wątpliwość na szybko.

Co to za “poważna firma”, której przedstawiciel handlowy mający “budować długotrwałe relacje handlowe z klientami oraz aktywnie poszukiwać nowych” ma to robić własnym samochodem?

A jeśli jeździ maluchem?

Napisane w Zawodowe. Tagi: . Zostaw Komentarz »

Się dzieje tyle, że się nic nie dzieje.

Tzn. historia zatacza koło. Ostatni wpis miał miejsce w październiku – szukałem ja sobie pracy.

Praca.

Pod koniec listopada wyszło, że chyba tę pracę mam. Firma nieduża, za to z pozoru prężna, zajmująca się rozprowadzaniem Internetu po zapadłych wsiach metodą bezprzewodową. Na “dzień dobry” zostałem przeegzaminowany ze znajomości linuksa, dość dogłębnie i intensywnie, mnóstwo wiele rzeczy zrobić miałem na maszynie testowej. Zrobiłem, młody zespół potencjalnych współpracowników orzekł szefowi (od tej chwili zwanemu Łysym Chujem) – “zna się”. I gitara, nie?

Potem rozmowy z Łysym, odnośnie tego, czego nie umiem a co – wg Łysego – wiedzieć powinienem, generalnie chodziło o poznanie platformy sprzętowej, na której cała ta sieć funkcjonuje. Dla mnie ok – nowe umiejętności, ciekawe toto, fajnie zaprojektowane i funkcjonalne. Pieniążki również dość przyjemne – bez rewelacji, na poziomie ostatniej mojej etatowej pensyjki sprzed roku. Czyli nieźle ale zawsze może być lepiej.

Do tego oczy mi się zaświeciły, bo Łysy wspomniał, że może działalność bym zaczął, otworzył, i jako podwykonawca pracował? Chodzi temat za mną, jak smród za wojskiem, bo przecież tu człowiek coś komuś zrobi, tam fuchę walnie – szybkie podliczenie możliwości whaczenia się w rynek wyszło dość przyjemnie. Ustalenia z Łysym były takie, faktury wystawiane mu przeze mnie mają wynosić wszelkie moje koszty stałe prowadzenia firmy (zus + vat od kasy wyciąganej od niego) i umówiona kwota zostaje mi na czysto po odprowadzeniu haraczu do fiskusa. Do potencjalnych zysków doliczyłem posiadane źródła dochodu (z których część by się skusiła na otrzymanie fakturki), potencjalne źródła dochodu (których nie ruszę, nie mogąc wystawić fakturki a które chętnie by się ze mną zaprzyjaźniły) i wyszło, że jest nieźle. Do tego Urząd Bezrobocia też ma ciekawą ofertę na pierwszą działalność, a samochód “służbowy” byłby konieczny. Pech chciał, że UB w starym roku zostało bez kasy, więc temat został odłożony na styczeń. Tymczasem grudzień i praca.

Pierwsze dwa tygodnie grudnia upłynęły mi pod znakiem dużego WTF?! ale jakoś tak się nie przejmowałem – nowa firma, nowe obyczaje w tejże, no i rok z haczykiem nie byłem na etacie – znaczy odwykłem, pomyślałem. Zastanawiający był natomiast kompletny chaos i dezorganizacja, graniczące z czystą anarchią – utrzymywane przez Łysego Chuja. “No ale nic”, pomyślałem sobie, “widocznie ma powód, że tak chłopaków ustawia a skoro pracują u niego od lat, to widać jest w tym szaleństwie sens i metoda, ino nie widzę.” Postanowiłem się nie zastanawiać tylko robić swoje – co umiałem, to robiłem – a pole do popisu miałem.

Następny czas był jak wiaderko śniegu za koszulą… I pominę ten czas milczeniem, podam tylko podsumowanie: szukam pracy. Totalny burdel, olewanie kodeksu pracy, chamstwo i bucera – to metoda Łysego Chuja na prowadzenie firmy. Koronny przykład: wysyłanie ludzi z biura w teren, bez żadnego uprzedzenia, żeby robili pracę, którą może wykonać średnio rozgarnięty szympans. Czarę goryczy przelała jednak jedna kwestia: kasa. A raczej płacenie jej w ratach przez cały miesiąc i do tego nie wypłacenie w całości.

Szukam dalej…

Oprócz pracy.

Jakoś to leci. Brak kasy znakomicie podcina nam skrzydła ale przynajmniej, z grubsza, zdrowi jesteśmy, to podstawa.

W kolejce mam kilkanaście tematów z branży IT na wpisy tutaj, niestety sprawa się odwlekła – z byłej pracy wracałem w stanie totalnego wkurwu, w takim też stanie wstawałem – co samo z siebie powinno mnie zacząć zastanawiać… No i tematy bloga i wielu innych rzeczy wzięły w łeb. Może teraz nieco nadgonię, bo niektóre sprawy są ciekawe.

Dystrykt 9

TAK. Nie czytać recenzji, spojlerów, nie gadać z tymi, co byli.

Bezwarunkowo IŚĆ.

Notka zastępcza.

Miało być, na prośbę Eliego, o starym-nowym laptopie ale nie będzie. Z okazji żenady narodowej chciałem zlinkować Niepokornego sprzed dwóch lat i z żalem stwierdzam, że nic się nie zmieniło.

A dwa lata temu (w lipcu 2007) było tak:

Napisane w Blog. Komentarzy: 2 »

Archeologia bliskiego zasięgu.

W lipcu otrzymałem od kumpla zabytek – chociaż nie klasy “zero”: laptopa Fujitsu Lifebook A600. Na pokładzie posiada toto procesorek Pentium 133MMX, 16MiB RAMu, grafikę SVGA Trident z 2MiB VRAMu, cd-rom x14 i właściwie tyle. No, jeszcze złącze PS/2 i dwuslotową “pcimcię”.
W chwili, gdy go otrzymałem, siedział tam Win98SE – całość koncertowo zamulała.

Laptopik poleżał sobie prawie dwa miesiące, zanim znalazłem w sobie wenę i się za niego zabrałem.
W pierwszym odruchu odgrzebałem płytki z SuSe 7.0 – niestety, cardbus ethernet okazał się nie obsługiwany. Postąpiłem zgodnie z naklejką “Windows 95 compatible”, odkopałem swój oryginał ww. systemu – i działa.

Śmiga jak dzikie – tylko Internet w IE3.0 wygląda cokolwiek… specyficznie.

Przy okazji przypomniałem sobie, jak niewielkie wymagania miał ten system – całość instalacji (łącznie z plikami pomocy) to 125MiB, zużycie pamięci po starcie systemu to około 4-6MiB.
No i te wszystkie stare gry, które z różnych względów nie chodziły pod emulatorem DOSu teraz banglają jak nowe.

Temat na przyszłość: znaleźć gdzieś sterowniki do wspomnianej karty sieciowej pod Win3.1 i postawić tam DOSa z Windows for Workgroups. Może się uda?

A, i jeszcze fajna rzecz: laptop działając na baterii wytrzymuje godzinę przy pracy z Wordem 6. Bateria jest oryginalna.

Znalezisko.

Jak to się człowiek może przypadkiem ucieszyć.

Przy okazji pomagania mojemu staremu w porządkowaniu piwnicy znalazłem dość obszerną siatkę, w której z kolei znajdował się trzon mojego arsenału ciemniowego. Który, zresztą, posiałem zupełnie gdzie indziej, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Toteż proszę sobie unaocznić moją radość (i unausznić tę radosną lawinę inwektyw), gdy po otwarciu torby mogłem odhaczyć na liście zaginionych:
- koreks;
- miarka laboratoryjna;
- szpulę 17m negatywu Ilford Pan F 50;
- pół litra Rodinalu;
- utrwalacz;
- przerywacz;
- nabłyszczacz;
- zestaw kuwet;
- mnóstwo notatek odnośnie czasu i sposobu traktowania chemią poszczególnych negatywów oraz ręcznie spisaną listę myków związanych z wywoływaniem;
- kilkanaście rolek filmu czekających od kilku lat na wywołanie.

W wolnej chwili odpalam ciemnię…

Napisane w Z życia. Tagi: , . Komentarzy: 9 »

Dla odmiany o stoczniowcach.

Raz po raz zdarzało mi się pluć jadem w górników. Dziś, dla odmiany, popluję sobie w stoczniowców. Pewnie tylko niektórych, ale popluję.

Chłopy! Mój staruszek też robił w stoczni, gdyńskiej, coby nie było. Spawaczem sobie był, w wieku przedemerytalnym. I poleciał, jak wszyscy. Zafundowali mu dodatkowe szkolenia, kasiorkę dostał na przeżycie na ten czas, teraz składa ponownie papiery w celu dokulania się do emerytury. Protestować to sobie możecie, ale w domu przy piwie. Nie bądźcie chujami, jak górnicy. Stocznia w Gdyni (i pewnie inne stocznie i pewnie też jakieś kopalnie) to takie dziwne miejsce, że co ekipa, to swoich na stołki wysoko wsadza. A to, co odpierdolił PiS po dojściu do władzy, to przebija jedynie Samoobrona – przynajmniej pod kątem braku kwalifikacji na stanowiska. Ot, taki gwóźdź do trumny.

I dla nielubiących czytać:

stoczniwocy

stoczniowcy

Kolejni spamerzy.

Jeszcze przed świętami dostałem taki spam:

08:04:2009, 10:18:39 gg:8461396
Świąteczne jajeczko niespodzianka! Dla Ciebie, ode mnie (i tu był link do tinyurl).

Jakież było moje zdziwienie, gdy rutynowo sprawdzając, gdzie mnie to prowadzi trafiłem na stronę stopbadware.org, zajmującą się, ogólnie rzecz biorąc, bezpieczeństwem w Internecie.
Rutynowo wysłałem im informację, że dostałem spam kierujący do nich i że każda kolejna taka wiadomość spowoduje dopisanie ich do wszelkich RBLi, do których dam radę się dobić.

Ale tak na zdrowy rozum – taka strona nie reklamowałaby się w taki chamski sposób, do tego na zadupiu Internetu czyli w Polsce. Nastąpiła bardzo miła wymiana mejli z szefostwem strony, po czym pojawiła się notka w blogu serwisu opisująca całe zdarzenie i prosząca wszelkie osoby otrzymujące taki spam o nadsyłanie wieści. Ja dodatkowo proszę o przesyłanie ich łącznie z nrem gg, z którego przyszła.

Tłumaczenie na blogu serwisu jest z google translate, wysłałem im właśnie poprawne ;)

Swoją drogą – fajny serwis. Polecam.

Żałoba narodowa, niebieski samochód oraz choroba.

Z tym, że niekoniecznie w tej kolejności. Z góry uprzedzam, tekst będzie obrażał uczucia. Nie wiem jakie i czyje ale ktoś na bank będzie mógł się poczuć.

Minął tydzień, odkąd dopadło mnie choróbsko. Po początkowej fazie otumanienia gorączką (prawie spaliłem kuchnię z tego zamulenia, sprzątanie było boskie) pozostała mi faza sporadycznego kaszlu oraz smarkania krwawymi glutami. No, ale da się przeżyć, w końcu jakoś działam. Tylko senny jestem nad wyraz.

Przedziwnym zbiegiem okoliczności staliśmy się posiadaczami niebieskiej Toyki. Poniekąd konieczność, Kobieta zmienia pracę i dojazdy tzw. komunikacją publiczną pożerałyby 4h dziennie. Teraz zajmą godzinę. Toyka jest świetna, ma bardzo elastyczny, dwulitrowy silnik diesla, 72KM i chodzi jak złoto. Wygląda tak:

toyka1

toyka

toyka z profilu

toyka z profilu

Toyeczka zaliczyła już wstępną mini trasę (100km), kręcenie się po okolicach Trójmiasta (ponad 100km) połączone z małym offroadem leśnymi ścieżkami oraz kręcenie się po Trójmieście (niecałe 100km). Jak na trzy dni użytkowania autka to nieźle.

A żeby nie było za słodko to wkurwienie również ma miejsce i to, że się tak wyrażę, wkurwienie dwustopniowe. Pierwszy stopień polega na zajebistej niemożności zeżarcia czegokolwiek na mieście w tzw. drugi dzień świąt. Z tego miejsca chciałem podziękować poprzedniej ekipie rządzącej, z dwoma konusami i naszą szkapą na czele. Zamknięte nawet nasze osiedlowe sklepiki, wszystkie restauracje. Zajebiście, nie? Mam nadzieję, że religijno-narodowa duma katoli wszelkiej maści czuje się nasycona. Jebcie się, gnoje.

Drugi stopień wkurwienia pochodzi z samej góry władzy w tym kraju, mianowicie jeden taki konus ustanowił sobie żałobę. Mam do tego stosunek, ogólnie rzecz biorąc, analno-bierny (czyli jebie mnie to) ale dla wyrzucenia z siebie pokładów żółci to jednak napiszę: opierając się na statystykach policyjnych, dziennie ginie na drogach prawie 15 osób w skali kraju. A na świecie z głodu umiera dziennie ponad 18.000 dzieci. W związku z powyższym postuluję wprowadzenie permanentnej żałoby narodowej. W końcu, tak będzie sprawiedliwie, nie? Jak mnie wkurwiają puste gesty… Szkoda, że z okazji zupełnie zbędnego politykierstwa małej kaczki życie kulturalne kraju zostało sparaliżowane. Kłania się idiotyczne zamiłowanie do martyrologii… (Swoją drogą, ktoś pamięta wypadek autobusu w białostockim? Jakiś yntelygent chciał z ofiar zrobić męczenników za wiarę…) W kontekście wkurwienia okołoświąteczno-żałobonarodowego jedynym wydarzeniem powodującym jest uśmiech na wieść o NIE odwołaniu koncertu grupy Apocalyptica: abstrahując od trudności z odwołaniem elementu trasy zespół postanowił uczcić pamięć ofiar minutą ciszy. Godne, adekwatne do sytuacji i podoba mi się. Czy nie można tak?

Jak mnie ten pokurcz wkurwia…

Wyjątkowo nie napiszę nic na temat rozdzielnictwa kasy na zapomogi, bo nie mam wyrobionego zdania.

O!